 |
 |
| Kombinezon wypornościowy Mullion 1MI8 |  | Kombinezon wypornościowy o doskonałym stosunku cena/jakość. Dwuczęściowy (oferowany tylko w komplecie kurtka+spodnie).Idealny dla wędkarzy, rybaków, żeglarzy. Warstwa zewnętrzna całkowicie wodoodporna i odporna na ścieranie, taśma odblaskowa SOLAS na kapturze, ramionach, nadgarstkach i kostkach, kaptur w dobrze widocznym, jaskrawym kolorze, chowany w kołnierz. Kombinezon zapewnia pływalność - wyporność własna powyżej 50 Newtonów, norma EN 393, stanowi zatem odpowiednik piankowej kamizelki asekuracyjnej. Zabezpiecza przed szokiem termicznym i ogranicza hipotermię.
Odzież/Sztormiaki, kurtki, kombinezony | |
|
 |
 |
 |
 |
Obecnie jest 54 gosci i 0 klubowiczów online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Zarejestruj się klikając tutaj. |
|
 |
 |
| |
 |
| Wysłane przez jkijewski ; Niedziela, 2006, kwiecień 02 @ 22:38:33 CEST , 4833 reads
|
|
 |
 |
 |
Wymyśliłem sobie rejs wiosenny – wiosny ostatnio były wczesne i ciepłe, to dlaczego marnować taki ładny kawałek sezonu. Przekonałem do pomysłu właściciela Taverny 10 Beauforta z Warszawy i w listopadzie zarezerwowaliśmy „Zawiszę” na koniec marca. Załoga została skompletowana w ciągu 3 tygodni i pozostało tylko czekać na wiosnę.
Wiosna jednak jakoś nie chciała w tym roku przyjść. Rejs zbliżał się milowymi krokami, a temperatury ciągle ujemne i żadnej nadziei na ocieplenie. Przez ostatni tydzień przed rejsem codziennie przeglądałem prognozy, ale żadnych śladów wiosny nie napotkałem. Z informowanej o tym na bieżąco załogi, o dziwo, nikt się nie wycofał. Skoro wiosna nie chce do nas, to sami się po nią pofatygujemy.
Nadszedł wreszcie dzień wyjazdu – 20 marca. Pociąg do Gdyni mamy o jakiejś barbarzyńskiej godzinie (5:50), ale wszyscy stawili się w komplecie. O podróży nic nie napiszę, bo niemal całą przespałem. Na gdyńskim dworcu pierwsza niespodzianka – słonecznie i ciepło, tzn. temperatura około zera. Po dotarciu na jacht zaczyna się normalny przedrejsowy kocioł. Podział na wachty był zrobiony wcześniej, ale kilka osób nie wie, do której wachty należą. Przydział koi przebiegł sprawnie i czas na pierwszą zbiórkę. Przedstawiam załodze oficerów, zasady obowiązujące na jachcie i – oczywiście – plan zajęć na dalszy ciąg dnia. Najpierw szkolenia: pasy ratunkowe, pasy asekuracyjne, alarm opuszczania statku, poznawanie takielunku. Zajmują się tym oficerowie, a ja tymczasem kursuję między „Zawiszą” a budynkiem CWM z listą załogi, umową, fakturą itd.
O tym, jak Zientara wiosny na Bałtyku szukał (wśród zalegających jeszcze gdzieniegdzie lodów): przeczytacie po kliknięciu "więcej".

Nocna wachta
Przed obiadem okazuje się, że mamy na jachcie jedzenie na jeden dzień. Nie dowieźli! Nie wiadomo dlaczego, bo hurtownia już zamknięta. Bosman z kucharką wsiadają w samochód i jadą do Makro. Niestety jeden kurs nie wystarczy – będzie opóźnienie. Przesuwam godzinę odprawy granicznej, ale nie całkiem skutecznie i strażnicy zjawiają się o półtorej godziny za wcześnie. Podchodzą jednak do sytuacji ze zrozumieniem i robią nam odprawę nieco „zaocznie”. Ponieważ zaczyna się robić późno zarządzam kolację w porcie i wyjście w morze zaraz po niej.

Topienie Marzanny
Tymczasem o 19:32 rozpoczyna się astronomiczna wiosna. Poznajemy to po tym, że właśnie zaczął padać śnieg. Humory załogi natychmiast się poprawiają. Nareszcie o 20:20 oddajemy cumy i po ciemku, w śniegu opuszczamy Gdynię. Na Zatoce wiatr zachodni 2°B i widzialność nie najlepsza, więc idziemy na silniku. Dopiero po trzech godzinach, za Helem zmieniamy kurs na północny i stawiamy sztaksle, ale silnik nadal pracuje, bo wiatru trochę za mało. Około czwartej wiatr przechodzi na północny i trzeba zrzucić żagle. Niestety, „Zawisza” nie zalicza się do jachtów chodzących ostro na wiatr. Jedyna korzyść z tej zmiany jest taka, że śnieg przestał padać.

Było trochę lodu
Poranek wita nas niemal bezchmurnym niebem, jest więc nieco cieplej, choć nadal poniżej zera. Na rozgrzewkę załoga zajmuje się pracami pokładowymi pod nadzorem bosmana – mycie pokładu, sprzątanie kubryku i czyszczenie mosiądzów. W przerwie robimy malutką imprezę. Załoga przynosi na rufę wykonaną z podręcznych materiałów Marzannę, którą wśród śmiechów i wrzasków (pod adresem zimy) wyrzucamy do morza. Chyba trochę pomogło, bo wiatr skręca na ponownie na zachodni i koło południa znowu można postawić wszystkie sztaksle. Niestety, szczęście nie trwa długo i po pięciu godzinach wiatr i ożaglowanie wracają do poprzedniego stanu. W nocy wiatr odkręca na SE, ale nadal nie przekracza 2°B i nie można postawić żagli. Za to wyraźnie rośnie odczuwana temperatura i wachta na pokładzie przestaje zamarzać.

Fala
W środę rano wchodzimy do Visby. Poza portem jachtowym nigdzie nie ma lodu, choć na termometrze –6°C. Śniadanie, klarowanie (w tym, oczywiście, mosiądze) i cała załoga rusza na zwiedzanie miasta. Korzystając z tego, że jacht opustoszał i jest słoneczna pogoda bosman Rysio z pomocnikiem wyciągają farby i malują waterwajsy na przednim pokładzie. Na takie coś pogoda nie może spokojnie patrzeć i natychmiast po skończeniu malowania przysyła nam krótką śnieżycę, po której świeżo pomalowany pokład pokrywa czterocentymetrowa warstwa śniegu. Komentarz Rysia nie nadaje się, niestety, do druku.

Nieśmiertelne mosiądze
Wieczorem załoga nieco zmęczona całodziennym zwiedzaniem urządza w kubryku szantowanie. Instrumentów jest kilka, śpiewaków znacznie więcej, i - przede wszystkim – na mróz nie trzeba wychodzić, chyba że na papierosa. W efekcie impreza przeciąga się do późnej nocy. Tymczasem odbieramy kolejne prognozy i komunikaty lodowe. Zamarznięta północna część Kalmarsundu usuwa Kalmar z planu naszego rejsu. Rozważamy wejście do Karlskrony, ale tu z kolei mamy niekorzystne wiatry – do Karlskrony południowo-zachodni, a potem do Gdyni południowo-wschodni. Wybieramy wariant najprostszy – do Helu, ale za to na żaglach. Dzięki temu załoga ma czas odpocząć po wczorajszej imprezie, bo wychodzimy dopiero po obiedzie. Jak zwykle, nie może się obyć bez kłopotów. Szpring dziobowy „na biegowo” zaczepia o służącą jako odbijacz oponę i zostaje na kei. Wracamy po niego i przy ponownym odejściu Rysio oddaje szpring, a następnie popisuje się numerem w stylu Tarzana wracając na pokład za pomocą szotu bryfoka. Choć (o ile dobrze pamiętam) Tarzan nigdy nie krzyczał: „Łapcie moją czapkę!”.

Śnieżyca w Visby
Przez popołudnie i noc idziemy na silniku. Dopiero rano, po śniadaniu stawiamy prawie wszystkie żagle (oprócz latacza) i wyłączamy silnik. Przy południowo-zachodnim wietrze 3°B „Zawisza” rozpędza się do 5 węzłów, a załoga uruchamia wszystkie aparaty fotograficzne. Tuż przed południem wiatr słabnie i nieco skręca na SSW. Zmusza nas to do zmiany kursu i teraz robimy około 3 węzły w kierunku Kłajpedy. Przed zmrokiem na wszelki wypadek zrzucamy oba żagle gaflowe i prędkość jeszcze nieco spada. Ponieważ nie wybieramy się do Kłajpedy, a odległość do Helu przestała się zmniejszać robimy zwrot przez rufę i kładziemy się na bajdewind przeciwnego halsu, który będzie nas zbliżał do Polski. To znaczy, tak nam się wydaje – komputer nawigacyjny bezlitośnie ujawnia, że dokonaliśmy zmiany kursu o 180°.

Impreza w kubryku
Godzinę przed północą pojawia się nieco w prawo od kursu jakiś dryfujący statek rybacki. Ostrzymy, ile się da, żeby go ominąć i prędkość spada do 1,5 węzła. Zapewne omijanie udałoby się bez trudu, ale radar ujawnia, że rybak stoi pośrodku sieci rozciągniętej w poprzek naszego kursu. Trudno – zrzucamy żagle trzy godziny wcześniej niż planowaliśmy i po ominięciu sieci kierujemy się na silniku bezpośrednio do Helu. W nocy jeszcze kilka razy wiatr zmienia kierunek i wreszcie ustala się wschodni. O jedenastej wchodzimy do Helu. Wschodni wiatr znakomicie ułatwia obracanie się w porcie, ale dojść do kei trzeba z wiatrem. Niecelnie podana rzutka z rufy i zanim cuma rufowa została założona obraca nas o 60°. Skruszona obsługa rufy wrzuca cumę na kabestan i dzielnie kręcąc korbą na cztery zmiany dociąga nas do nabrzeża.

Stawianie foka
Do obiadu zajęcia pokładowe. Przede wszystkim klarowanie żagli „na portowo”, szorowanie pokładu i nieśmiertelne „mosiądze”. Część załogi zaczyna się już powoli pakować. Po obiedzie wszyscy rozchodzą się po mieście – część ogląda foki, część zwiedza muzeum rybołówstwa, a niektórzy zwiedzają miejscowe bary. Wieczorem wszyscy (wraz z załogą „Conrada”, który specjalnie wszedł do Helu spotkać się z nami) zbieramy się w „Kapitanie Morganie”. Dalszy przebieg wieczoru nie wymaga opisu, nadmienię tylko, że śpiewom, żartom i toastom nie było końca.

Wachta przy sterze
Rano obudziło nas piękne słońce (choć dla niektórych nieco zbyt jaskrawe) i trójeczka z południowego wschodu. Kilka minut przed dziewiątą opuszczamy Hel, aby zdążyć na czas do Gdyni. Wolna od wachty część załogi po drodze się pakuje i klaruje jacht do przekazania armatorowi, a oficerowie przygotowują opinie z rejsu. Punktualnie o 11:00 – zgodnie z umową – po sześciu dniach rejsu cumujemy w basenie Prezydenta. Bagaże na pokład, ostatnie mycie pokładu oraz odkurzanie kubryku. Kilka minut po dwunastej rozdanie paszportów, książeczek, opinii, zbiorowe fotografie całej załogi i opuszczamy „Zawiszę”.

Impreza w Morganie
Powoli i z wyraźną niechęcią załoga kieruje się w stronę dworca. W pociągu natychmiast rozpoczyna się wspominanie co ciekawszych sytuacji z rejsu i snucie planów na kolejną wyprawę. W doskonałych nastrojach dojeżdżamy wieczorem do Warszawy. A następnego dnia przywieziona przez nas wiosna rozpanoszyła się po całym kraju.
Wojtek Zientara
http://strony.aster.pl/zientara/

Wyjście z Helu

Ostatnie sprzątanie
| |
 |
 |
| |
| "Wyprawa po wiosnę" | Logowanie / Nowe konto | 1 komentarzy | |
|
| Za treść komentarzy nie odpowiadamy - są własnością wysyłających |
Re: Wyprawa po wiosnę Wysłane przez: whitewhale ; Poniedziałek, 2006, kwiecień 03 @ 17:52:40 CEST (Informacje o użytkowniku) http://whale.kompas.net.pl | Przypomina mi się powiedzonko mojej ś.p mamusi, które, oczywiście, nie ma nic wspólnego z Wami: "Gdy Pan Bóg chce kogoś ukarać, to mu najpierw rozum odbiera"
Stopy wody pod kilem!
Biały Wieloryb
(Marek Popiel)
http://whale.kompas.net.pl
|
[ No Comments Allowed for Anonymous, please register ]
|