 |
 |
| Buty Sharx szaro-niebieskie |  | Lekkie buty żeglarskie będące skrzyżowaniem obuwia sportowego z sandałami. Dzięki temu chronią stopy przed spotkaniem z elementami pokładu, a równocześnie zapewniają wentylację. Są odporne na działanie wody. Specjalna antypoślizgowa (i nie zostawiająca śladów powierzchnia) sprawdza się na pokładzie, na basenie czy na plaży. Regulacja za pomocą rzepa.
Odzież/Buty | |
|
 |
 |
 |
 |
Obecnie jest 44 gosci i 0 klubowiczów online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Zarejestruj się klikając tutaj. |
|
 |
 |
| |
  |
|
Zastanawiałem się, gdzie spędzić Sylwestra...
|
|   |
 |
| Wysłane przez jkijewski ; Poniedziałek, 2006, styczeń 16 @ 14:37:45 CET , 3767 reads
|
|
 |
 |
 |
Trudno o bardziej doświadczonego kapitana "śródziemnomorskiego", niż Wojtek Zientara. Prowadzenie jachtów to jego i zawód, i pasja. Wielkie poczucie humoru i profesjonalne podejście do żeglugi doceniają kolejne zmiany załóg. Tym razem okazuje się, że i talentu do opowiadania Mu nie brakuje. Przeczytajcie:
Zbliżał się koniec roku i zastanawiałem się, gdzie się wybrać na Sylwestra. Tydzień przed Wigilią problem rozwiązał się sam - otrzymałem SMS o treści: "Spotkanie przedrejsowe poniedziałek 18:00". Płyniemy z Salerno trzema jachtami (Sun Odyssey 52, Sun Odyssey 45 i Oceanis 473), ja mam poprowadzić Oceanisa. Projektowana trasa bardzo ładna: Tunezja-Malta-Sycylia. Wyjazd 26.12, powrót 8.01. Ale, jak mówi przysłowie "daleka droga od pomysłu do przemysłu".
Podróży autokarem nie muszę opisywać (wszyscy to znają) - upłynęła w miłej koleżeńskiej atmosferze uprzyjemnianej dodatkowo filmami video i brzękiem szkła. "Inteligentne" przepisy wymagają, żeby kierowcy autokaru po dłuższym czasie jazdy mieli 8 godzin odpoczynku, a autokar nie może być w tym czasie w ruchu.Tachografu się nie oszuka, zatem na ten przymusowy postój wybraliśmy Wenecję. Pomysł świetny, ale nie dogadaliśmy się z aurą... Zimno (kilka stopni powyżej zera), pochmurno, mżawka. Mimo wszystko załogi zadowolone. Najlepiej bawiła się 5-osobowa grupa z Sanoka, która spóźniła się o godzinę.
Ciąg dalszy relacji: klikajcie "więcej"
Do Salerno dojechaliśmy planowo o 8 rano, po drodze robiąc jeszcze zakupy. Jachty stoją, ale tylko dwa i krzątają się na nich jeszcze Włosi. Dopiero sprzątają i przygotowują je dla nas. Jak to u Włochów – wszystko na ostatnią chwilę. Na szczęście brakujący jacht (oczywiście mój) wkrótce dotarł. Przejęcie jachtów poszło mniej lub bardziej sprawnie (od 1 do 3 godzin). Choć jacht niemal nowy (rocznik 2003), to jednak było trochę braków (m. in. mało pasów asekuracyjnych) i drobnych usterek (np. zepsuty zamek w drzwiach jednej toalety), ale większość została uzupełniona lub naprawiona. Ponieważ planowane przekazanie jachtów przez armatora miało być o 11, Włosi wykazali się prawidłowym podejściem do klientów i przesunęli o jeden dzień termin zdania jachtów, tak aby czas rejsu nie został skrócony. Zaokrętowanie odbyło się z dodatkowymi atrakcjami. W porcie duży rozkołys (polecam uwadze budowniczych mariny w Gdyni), który powodował, że odległość jachtów od pomostu wahała się między 1 i 3 metry. Były nawet zakłady, ile osób się skąpie i ile rzeczy utopimy. Na szczęście obyło się bez strat w ludziach i sprzęcie, choć trochę to potrwało.
Przez te wszystkie atrakcje zrobiło się już późno i zapadła decyzja, że na noc zostajemy w porcie i ruszymy rano. Wieczór poświęciliśmy na rozpakowanie rzeczy, poprawienie sztauowania żarcia i pogadankę dla załogi. Po kolacji zainteresowałem się oknem w burcie mojego jachtu. Było jeszcze zaklejone folią ochronną, z czego wywnioskowałem, że niedawno zostao wymienione. Postanowiłem zdjąć folię, bo zasłaniała światło i widok od stołu w mesie. W końcowej fazie tej operacji okno wypadło za burtę i zrobiło "plum" - komentarz załogi: "znowu się windows wysypał". Natychmiast wzywamy bosmana. Nie ma zapasowego okna, rano przyjdzie płetwonurek i wyłowi to stare. Oględziny "miejsca wypadku" przyprawiają wszystkich o zawrót głowy. Włoski fachowiec wklejając okno nie zdjął folii i zamiast szyby przykleił do kadłuba tę folię(!).
Naprawa okna spowodowała kolejne opóźnienie i wszystkie trzy jachty wyszły dopiero między 12 a 14 kierując się w stronę Palermo. W zatoce Salerno słabe zmienne wiatry, do tego mżawka, więc początkowo idziemy na silniku. Dopiero po wyjściu z zatoki wiatr ustala się na NW o sile 5B. Na samej genule robimy półwiatrem 5-6 węzłów. Żegluga byłaby przyjemna, gdyby nie przelotne opady i spory rozkołys. Załoga powoli zaczyna karmić ryby. W nocy wiatr powoli tężeje aż do 7B, więc kolejno, trzykrotnie refujemy genuę. Przy okazji okazuje się, że blokada bloku szota foka jest zbyt słaba i blok zjechał z szyny. Aby uzyskać właściwy kąt pracy szota założyłem prowizoryczną kipę z liny umocowanej do ucha na pokładzie.
Nad ranem wiatr nieco słabnie i niebo się przejaśnia. Nadal jeszcze sporadycznie zdarzają się przelotne opady, lecz przeważnie świeci słońce. Około 14 sielankę przerywa kilka pisków elektroniki i.... cisza. Napięcie akumulatorów spadło tak, że GPS i VHF wyłączyły się. Woltomierz pokazuje wprawdzie 12V, lecz po bliższych oględzinach okazuje się, że jego tarcza jest skrzywiona i wskazówka się blokuje. Prądu nie wystarcza nawet na odpalenie silnika, bo wszystkie akumulatory są w jednym obwodzie. Wyłączam wszystkie odbiorniki prądu i pozostaje nam jedynie ręczny GPS zasilany z baterii. Wieczorem uznałem, że akumulatory się już nieco zregenerowały i podjąłem próbę uruchomienia silnika. Nieco gazu (na luzie), przekręcam kluczyk, pół minuty kręcenia rozrusznikiem i... nic. Przed oczami pojawia mi się wizja manewrowania pod żaglami w nocy, w ciasnej marinie. Ostatnia próba... manetka na zero, kluczyk i... ruszył. Nie rozumiem, dlaczego, ale ważne, że działa. Na wszelki wypadek już go nie wyłączam i idziemy na silniku i genule, aż do Palermo, które osiągamy nieco przed 2 w nocy.
Jest już 31 grudnia. Krótka narada skiperów i zapadają decyzje. Rezygnujemy z Tunisu z powodu przeciwnego wiatru. Następnym portem powinna być Valetta odległa o 220 mil – trochę za daleko na jeden dzień. Rozważamy więc przejście do Trapani (60 mil). Wiatr zachodni (czyli halsówka), załogi zmęczone i schorowane. Ostatecznie decydujemy się pozostać w Palermo do Nowego Roku. Powoduje to niemal natychmiastowe „ozdrowienie” dzielnych żeglarzy, którzy bezzwłocznie ruszają na zwiedzanie miasta i zakupy w celu uzupełnienia zapasów. Wieczorem nieco bardziej uroczysta kolacja i wychodzimy do miasta, na imprezę sylwestrową na głównym placu. Przebieg imprezy nie odbiega od standardów – spore tłumy, scena z jakąś kapelą, tańce. Wszystko to odbywa się jednak przy akompaniamencie detonujących petard, który powoli nasila się już od południa. Nadchodzi północ. Odliczanie, strzelają szampany, nad teatrem Garibaldiego – dosłownie nad naszymi głowami – przepiękny pokaz sztucznych ogni. I do tego potworny huk – prawie jakby wybuchła trzecia wojna światowa. Mamy wrażenie, że sycylijczycy wykupili zapas petard z całej Europy.
Ludzie powoli się rozchodzą i my również mniejszymi lub większymi grupkami wracamy na jachty. Rano ujawnia się kolejna niespodzianka. Dwóch kolegów po powrocie postanowiło zrobić sobie kilka grzanek. Włożyli je do piekarnika w kuchence, zapalili gaz i... pękła szyba w kuchence. Dobrze, że wewnętrzna, ale moje zaufanie do jachtu pomału osiąga poziom zerowy.
Wychodzimy w morze tuż po południu. Początkowo mamy szkwalisty spadający z gór wiatr – prędkość waha się od 1 do 10 węzłów. Następnie ustala się ładny bajdewind od lądu (z SW). Wieczorem osiągamy północno-zachodni cypel Sycylii. Wiatr odkręca na zachód, po ciemku halsujemy się do Egadów, potem półwiatrem między wyspami a lądem i nareszcie możemy odpaść. Piękna słoneczna pogoda, przerywana co parę godzin przelotną burzą – cały następny dzień płyniemy baksztagiem 5-7 węzłów. Zmęczona nocną żeglugą załoga odżywa, zwiększa się liczba osób obecnych podczas posiłków. Niektórzy nawet próbują się opalać. Wiatr systematycznie słabnie i wzdłuż wysp maltańskich idziemy już na silniku.
Nad ranem wchodzimy do Valetty. Planowany postój do wieczora, więc teraz jest jedyna okazja na zmniejszenie zapasów płynów na jachcie. Umawiamy się, że skończymy, gdy pokaże się słońce. Ono zaś chyba przejęło się rolą i najpierw ukrywa się za murami twierdzy Kawalerów Maltańskich, a następnie jeszcze sprytnie zasłania się dużą chmurą. Wszystko, co dobre, kiedyś się jednak kończy i ruszamy na zwiedzanie miasta. Po południu, przed wypłynięciem kolejna nieprzyjemna sprawa. Pięciu żeglarzy(?) z Sanoka stwierdza, że to nie dla nich i wyokrętowują się. Oczekiwali, że trochę popływają w dzień, a nocami będą balować, a tu ciągle pływanie, mokro i na dodatek trzeba pełnić jakieś wachty i – o zgrozo – jeszcze robić jedzenie.
Po drobnej korekcie w składzie załóg (cała piątka „dezerterów” była na jednym jachcie) wieczorem wychodzimy w morze. Z obliczeń wynika, że zostało nam do przepłynięcia nieco ponad 300 mil i mamy na to 3 doby. Średnia prędkość nie może więc być mniejsza niż 5 węzłów. A na morzu słaby baksztag i trzeba iść na silniku. Żeglugę umila nam za to wspaniale rozgwieżdżone niebo i niesamowita refrakcja – od samej Malty widzimy światła na Sycylii (z odległości około 50 mil!!!). Żeby nie było nam jednak za dobrze, o 3 w nocy silnik sam się zatrzymał. Uruchomiony ponownie popracował parę minut i znowu stanął. Trudno, rozwijamy żagle i pełzniemy 2-3 węzły. Po śniadaniu zabieramy się do roboty. Analiza objawów wskazuje nieodparcie na filtr paliwa. Demontujemy go, płuczemy w benzynie (do silnika pontonu) – pomogło i o 11 wchodzimy do Syrakuz.
Okazało się, że na drugim jachcie mają podobne kłopoty – wprawdzie silnik nie stanął, ale nie osiąga obrotów marszowych. Zmęczeni kłopotami z jachtami postanawiamy zachować się jak „prawdziwi” czarterobiorcy. Wysyłamy załogi na zwiedzanie miasta, a sami telefonujemy do firmy czarterującej z żądaniem przysłania mechanika. Chyba mają nas już dosyć, bo mechanik pojawia się zadziwiająco szybko, jak na Włochy – już po dwóch godzinach. Wymienia po dwa filtry paliwa na obu jachtach i wszystko gra. Jeszcze tylko tankowanie paliwa i będzie można odpocząć przed kolejnym etapem. Ale nie może być tak łatwo. Facet od stacji paliw odmawia pofatygowania się do portu dla 400 litrów ropy. Bosman z mariny załatwia inną dostawę – przyjeżdża facet z paliwem w 50-litrowych kanistrach i z...lejkiem. Lejek jest duży, wyposażony w długi wąż i ustawiony na pomoście na trójnogu na takiej wysokości, że znajduje się powyżej pokładu jachtu. Tym prostym sposobem każdy z naszych jachtów wzbogaca się o 150 litrów ropy.
Znów wieczorne wyjście, znów nie ma wiatru (1B z baksztagu), znów na silniku i znów fantastyczna refrakcja. Tym razem płyniemy nieco wolniej, żeby nie wchodzić do Messyny przed świtem. Po pierwsze, unikniemy manewrowania po ciemku między licznymi promami; po drugie, marina w Messynie jest bardzo ciasna i lepiej wchodzić przy świetle dziennym; po trzecie, planujemy tylko krótki postój. Po wejściu okazuje się, że decyzja była słuszna. Za postój do 4 godzin nic nie płacimy, ale potem chcą po 100 Euro od jachtu. Ciekawe tylko, za co. Postój nieprzyjemny, fale wytwarzane przez promy szarpią jachtem, a toalety gorsze niż 20 lat temu w Gdyni. Tym razem też nie obyło się bez nieprzyjemności, choć teraz na lądzie. W tramwaju z plecaka Uli zniknął aparat fotograficzny – podejrzewamy, że przeszedł na własność mafii. Dobrze, że w Syrakuzach zgrała wszystkie zdjęcia do laptopa.
W południe wyjście i kurs na północ zygzakiem między promami – w pewnej chwili widzimy ich jednocześnie osiem, a do tego 3 statki płynące wzdłuż cieśniny. Mijamy mityczną Scyllę i Charybdę. Sternik kręci kołem jak oszalały, żeby utrzymać jacht na kursie. Wiatr wieje z południowego zachodu z siłą 1-2B, więc po wyjściu z Cieśniny Messyńskiej nadal płyniemy na silniku. Pogoda jest jednak niepewna – około milę od nas przesuwa się duża chmura burzowa z piękną trąbą powietrzną. Dalej już bez atrakcji, nie licząc przelotnych deszczyków. Wieczorem docieramy do wulkanu Stromboli. Nad kraterem widać łunę rozbłyskującą raz mniej, raz więcej. Aparaty idę w ruch i jak na zawołanie wulkan się ożywia – jego erupcja wywołuje żywiołową erupcję entuzjazmu wśród załogi.
Kolejny dzień mija spokojnie, a nawet nudno – nie ma wiatru, idziemy na autopilocie, załoga się opala. Przed świtem dochodzimy do wniosku, że będziemy w Salerno zbyt wcześnie i postanawiamy odwiedzić jeszcze położone 9 mil na zachód od niego Amalfi. Po śniadaniu nareszcie trochę powiało (3-4B z E) i można odstawić silnik. Koło południa docieramy do Amalfi. Nieduży port, a za falochronem mnóstwo małych łódek stojących na bojach. Miejsce jest tylko przy dwóch pirsach dla statków, ale te z kolei nie są osłonięte falochronem. Stajemy tam nie mając wyboru i po raz pierwszy zostawiamy na jachcie wachtę portową, która ma pilnować cum i odbijaczy. Reszta wychodzi na miasto – małe, ale zabytkowe i pięknie położone na stromych stokach.
Zostaje nam tylko półtoragodzinny skok do Salerno i koniec rejsu. Oczywiście jeszcze wieczorna impreza pożegnalna – szczegóły litościwie pominę. Ponieważ we Włoszech jest to dzień świąteczny (Trzech Króli), to dopiero rano tankujemy jachty i przekazujemy je armatorowi. Tym razem znacznie szybciej i bez żadnych niespodzianek – otrzymujemy z powrotem całą kaucję. Szybko do autokaru i w drogę do domu. Powrót bez żadnych niespodzianek, a ustawową przerwę w podróży przeznaczyliśmy na zwiedzanie Wiednia. I tak, po dwóch tygodniach dojechaliśmy do domu w nocy z 8 na 9 stycznia.
| |
 |
 |
| |
| "Zastanawiałem się, gdzie spędzić Sylwestra..." | Logowanie / Nowe konto | 1 komentarzy | |
|
| Za treść komentarzy nie odpowiadamy - są własnością wysyłających |
Re: Zastanawiałem się, gdzie spędzić Sylwestra... Wysłane przez: whitewhale ; Poniedziałek, 2006, styczeń 16 @ 20:38:37 CET (Informacje o użytkowniku) http://whale.kompas.net.pl | Myślałem, że tylko ja mam takie rejsy pełne niespodzianek :-)
Stopy wody pod kilem!
Biały Wieloryb
(Marek Popiel)
http://whale.kompas.net.pl |
[ No Comments Allowed for Anonymous, please register ]
|